dailyvideo

Gdy zagraniczny turysta podróżuje po polskiej stronie...




Adam Fularz

Przez ostatni rok zawsze ilekroć podróżowałem turystycznie po Polsce, czyniłem to w towarzystwie cudzoziemców - moich zachodnioeuropejskich przyjaciół, którzy przyjechali odwiedzić mnie i nasz kraj. Wówczas dotrzymywałem im towarzystwa wybierając się wraz z nimi na wielką wyprawę turystyczną. Bowiem sami nigdy nie byliby w stanie podróżować po naszym kraju. Transport w Polsce to labirynt, w którym kłopot odnaleźć się mają nawet sami specjaliści od komunikacji zbiorowej. Jak więc można oczekiwać że odnajdą się w niej turyści, cudzoziemcy nie znający polskich obyczajów i języka? Przykładów zupełnego i całkowitego niedostosowania polskiej komunikacji dla obcojęzycznych turystów jest wiele, i wszystkie one wskazują, że mówienie o rozwoju turystyki w Polsce jest tylko bezczelną obłudą polityków. No bo przecież podróżowanie po Polsce jest dla turystów zagranicznych na ogół pełną przygód mordęgą w krainie dezinformacji!

W kraju bigosku

Toruń Miasto. Tą stację odwiedziłem raz, przywożąc na zwiedzanie miasta mojego najlepszego przyjaciela, Francuza o imieniu Samuel, któremu notabene tak się tam spodobało, iż postanowił zostać dłużej rozbijając jednocześnie nasz napięty plan dalszego zwiedzania. Polska jest dla niego gąszczem miejscowości o zupełnie niewymawialnych, szeleszczących, nazwach, pełnych nieznanych liter. „Bydgoszcz” wedle Samuela czyta się „Bigosk”, a wobec ogromnego zdziwienia kasjerki w okienku może być to ewentualnie „Bigo-s-k-s”. Niestety, przybywszy z nim do Torunia nawet ja nie byłem w stanie wiele począć: na wspomnianym dworcu nie było nawet planszy przyjazdów i odjazdów. Jedyną szansą dowiedzenia się czegokolwiek byłaby informacja kolejowa, ale nawet po odstaniu w półgodzinnej kolejce Samuel nie potrafiłby wszak poprawnie wypowiedzieć miejsce, gdzie ma zamiar się wybrać, a nerwowo krzyczących „co proszę” panien z okienka zaczął się panicznie bać już po pierwszym z nimi spotkaniu oko w oko, gdy to przerażony ich reakcją i nagłym zbiegowiskiem wszystkich panien kasjerek, salwował się ucieczką.
 Pani z okienka
Na żadnym z polskich dworców nie uświadczymy informacji o ofercie przewozowej typowej dla choćby naszych europejskich sąsiadów: Czech, lub Węgier i Słowacji. Tam na każdym dużym dworcu znajdziemy wykazy wszystkich połączeń realizowanych na każdej linii kolejowej całego kraju lub tylko danego regionu na mniejszych stacjach, wobec czego samodzielne poinformowanie się jest relatywnie proste nawet gdy jest się cudzoziemcem. W Polsce, taka jakość informacji nigdy nawet nie zaistniała. Pasażerom w Polsce natomiast pozostaje jedynie pani z okienka, najczęściej nieco niemiła, wobec czego pasażer najchętniej poinformowałby  się o rozkładzie sam, gdyby oczywiście dano mu jakąkolwiek szansę.

Rozkład dezinformacji

Fatalna informacja jest chyba największą barierą dla podróżnych. Biało- żółte tradycyjne tablice odjazdów i przyjazdów z podanymi trasami i przystankami pociągów są tylko na największych dworcach, a i tak występują w ilościach zgoła śladowych.  Dochodzą do tego częste zmiany rozkładu jazdy, bowiem czasy gdy w PKP rozkład ustalano na cały rok, minęły już dawno i obecnie całość pogrąża się w coraz większym bałaganie, a kolejne tomy uzupełnień do rozkładu są zwykle grubsze niż sam rozkład. Typowa tablica przyjazdów i odjazdów na stacji kolejowej jest pełna poprawek, skreśleń i nabazgrolonych uwag. W Krakowie na Dworcu Głównym korekty zresztą naniesiono zresztą tylko na jednej tablicy, inne pozostawiając niemal nietknięte mimo zmian w rozkładzie, na co miałem okazję się naciąć, przychodząc z kolejnym cudzoziemcem (tym razem Niemcem) na pociąg dawno już wykreślony z rozkładu. Takich dezinformacji jest znacznie, znacznie więcej. Niekiedy lepszą informację o połączeniach znajdziemy w miejscowym biurze informacji turystycznej niż na dworcu PKP. Tak było m.in. w Zamościu.

Olimpiada III świata?

Niektóre miasta lub regiony Polski to komunikacyjny trzeci świat, gdzie niemal wszystko jeździ bez rozkładu. Miejski transport bezrozkładowy funkcjonuje np. w Zakopanem, gdzie busy kursują zamiast stałej komunikacji miejskiej. Jednolitej taryfy nie było, jak też nie ma stałych przystanków poza kilkoma. Klient w oczekiwaniu na kurs staje np. na skraju skrzyżowania ulic. Taki zdezorganizowany transport miejski musiałby wywołać piorunujące wrażenie na gościach olimpiady zimowej, którzy odwiedziliby to miasto gdyby nie daj boże wygrało ono w przeprowadzonym kilka lat temu konkursie miast starających się o zorganizowanie zimowych igrzysk olimpijskich.

Gąszcz transportowej dżungli

Regułą jest zupełnie inny system biletowy transportu zbiorowego w każdym kolejnym mieście. O ile w jednym mieście plecaki wolno przewozić bezpłatnie (Warszawa), to już w następnym jest zupełnie odmiennie. Systemy dystrybucji biletów są tak różne, że niektóre miasta mają tylko systemy kart elektronicznych (Kalisz), inne sprzedają bilety tylko w automatach zamontowanych wewnątrz autobusów (Zielona Góra), jeszcze inne wymagają wchodzenia do autobusu tylko przednimi drzwiami w celu kontroli zakupionych wcześniej biletów (Częstochowa, Jelenia Góra). Nikt nigdy nie próbował tego ujednolicić, choćby tylko regionalnie tworząc jednolity system o spójnych zasadach przewozu.

Normą są niekompatybilne systemy biletowe w aglomeracjach. W aglomeracji Tarnobrzeg- Sandomierz, oprócz armady bezrozkładowych busów kursują autobusy miejskie różnych przewoźników, z których każdy ma odrębne bilety. Mi zdarzyło się zakupić bilet na autobus nie tego przewoźnika, i dopiero nalepka na kasowniku oznajmiająca nieważność biletów innych przewoźników utwierdziła mnie w błędzie. Co w takim wypadku ma powiedzieć cudzoziemiec? 

Podróż tramwajem może także być dla niego szokiem. W aglomeracji łódzkiej, przejeżdżając tramwajem przez granicę miejską Łodzi musieliśmy kilka lat temu podejść raz jeszcze do kasownika by skasować bilet innego przewoźnika. W aglomeracji górnośląskiej także było dziwnie, bowiem bilety są sprzedawane na konkretne miasta, nie zaś na daną podróż, wobec czego od podróżnego oczekuje się znajomości geografii danego regionu. Część miast stosuje także taryfy czasowe lub strefowe, najprostsze dla pasażerów i najbliższe rozwiązaniom europejskim. Jednym słowem: co miasto, to inny zwyczaj, najczęściej bardzo egzotyczny, co oczywiście turystów tylko bardziej odstrasza.

Podróż autobusem dalekobieżnym jest najczęściej związana z odwiedzinami muzeum komunistycznej gospodarki planowej. PKS-y to dziś w większości komunalne lub pracownicze monopole regionalne, które, dzierżąc dworce autobusowe odmawiają innym przewoźnikom korzystania z nich i utrzymują pozycję monopolu. Przewoźnicy prywatni, chcąc świadczyć usługi, muszą zainwestować we własne terminale, często będące niechlujnymi klepiskami na zapleczach centrów miast. Informacja o połączeniach jest zwykle apogeum fatalności i ogranicza się do oferty jednego, lokalnego przewoźnika namalowanej pędzelkiem na szklanej tafli podświetlonej migająca świetlówką, bez szansy na spójną informację o dalszych połączeniach i ewentualnych przesiadkach, nie daj boże na kolej. Gorsza niż PKS-owska jest tylko informacja, a raczej jej brak, ze strony przewoźników busowych.

Odwiedziny skansenu?

Polska dla wielu jest zadziwiającym skansenem niezniszczonej natury, oraz muzeum społecznych i gospodarczych starożytności, takich jak np. dworce Państwowych Przedsiębiorstw Komunikacji Samochodowej, w większości niezmienione od czasów późnego Gierka. Oni chcą ten kraj odwiedzić. Oczywiście, podróżowanie po Polsce jest dla nich w miarę łatwe gdy jeden z ich polskich przyjaciół jest obeznany z natręctwami polskiego transportu zbiorowego i potrafi nie utonąć w morzu dezinformacji. Sami jednak nigdy nie byliby w stanie przeprawić się przez to bagno organizacyjnego i gospodarczego bałaganu.

Najdziwniejsze jest, że nikt ze świata polskiej polityki nawet nie zauważa potrzeby umożliwienia cudzoziemcom podróżowania do Polski, kraju dla wielu tak egzotycznego, tak ciekawego. Jak na razie, cudzoziemiec może co prawda dotrzeć do Polski samolotem, ale raczej utknie w mieście do którego przybył. Podróżujących samochodem skutecznie odstrasza słabe oznakowanie kierunków (znam historię mych francuskich znajomych, którzy przez kilka godzin plątali się po bocznych drogach gdzieś w pobliżu słowackiej granicy, aż wreszcie w desperackiej akcji zacząć ścierać śnieg z drogowskazów w całej okolicy, bowiem żaden z nich nie miał daszku chroniącego tak ważną dla przyjezdnych treść przed opadami śniegu, aż wreszcie odnaleźli ten przeznaczony dla nich). Odstrasza paneuropejska fama - najwyższa w Europie śmiertelność w wypadkach drogowych. Transport zbiorowy jest natomiast dla nich pułapką błędnej informacji lub pustynią jej braku.

Świetlana przyszłość?

Domaganie się tablic z rozkładem z objaśnieniami w obcych językach jest utopią, skoro na ogół brakuje tablic z rozkładem po polsku, a jeśli już są, to mogą być nieaktualne. Wygląda na to, że polski transport zbiorowy stanie się użyteczny dla turystów dopiero wtedy, gdy go skutecznie zreformujemy, prywatyzując wielu państwowych przewoźników kolejowych i autobusowych, rozbijając istniejące monopole oraz tworząc profesjonalne formy zarządzania transportem regionalnym (tzw. związki komunikacyjne), jakie istnieją w większości krajów zachodu Europy.

To, że transport zbiorowy da się w taki sposób zorganizować, pokazuje przykład Szwecji, gdzie wprowadzone 33 lata temu związki komunikacyjne (w całej Szwecji jest ich 24) są odpowiedzialne za systemy taryfowe i informacyjne, wybierają w przetargach przewoźników do obsługi linii  komunikacji zbiorowej oraz rozdzielają pomiędzy nich wpływy z biletów. Dziś mechanizmem przetargów objęte jest niemal 100 % komunikacji autobusowej i większość komunikacji kolejowej. Związki komunikacyjne zarządzają kolejami dopiero od 1989 roku, gdy ustawowo zniesiono monopol kolejowy i całkowicie oddzielono zarządzanie torowiskami od działalności przewozowej, tworząc zupełnie odrębne struktury umożliwiające nieograniczoną konkurencję na sieci kolejowej bez jakichkolwiek niedogodności dla pasażerów.

Dezinformacja przede wszystkim

W Polsce transportem publicznym  na ogół nie zarządza nikt, a turystom obecnie oferujemy jedynie bałagan i dezinformację. Dezinformacją są również twierdzenia rozmaitych polityków o rozwoju turystyki w Polsce. Bowiem by ci turyści bezproblemowo tutaj dotarli, wypadałoby ich chyba zrzucać na spadochronach, jeśli nie mają samochodów z GPS. Jak na razie Polska jest dla turystów terenem do wypraw ekstremalnych, jak dość zgodnie twierdzili moi zagraniczni towarzysze wypraw po Polsce. Nigdy bowiem nie obyło się bez nieoczekiwanej „komunikacyjnej” przygody, które na nieświadomych niczego turystów czekają tuzinami w postaci małych literek pod rozkładem albo adnotacji nabazgranych długopisem na jedynym na dworcu „uzupełnionym” rozkładzie jazdy.

Łaski bez

Turyści do Polski się nie proszą na siłę. Podróż do kraju pierogów i bigosu jest dla nich fatalną porażką, jeśli zechcą zrobić to samodzielnie, a podróż z polskim przewodnikiem- czy też wynajętym, czy też po prostu przyjacielem, jest dostępna dla bardzo nielicznych. W Polsce nikt z rządzących najwyraźniej nigdy nie myślał o turystach, i nic nie jest na ich, jak zwykle nagłą, całkowicie nieprzewidzianą i najwyraźniej zupełnie nieoczekiwaną wizytę, przygotowane.



Posted by Adam Phoo on 07:15. Filed under , . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for Gdy zagraniczny turysta podróżuje po polskiej stronie...

Leave comment

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć